Elazar Drukuj E-mail

16442877 1427001620665590 184759324 o„Wojna jest siostrą biedy. Zło bywa bratem nędzy”.

Relacja z przekazania darów dla dzieci żyjących w strefie wojny we Wschodniej Ukrainie.

Jest mi trudno pisać o wyjeździe, przekazaniu darów, w obliczu tego, że w niedzielę przekazywaliśmy dary, a w nocy z czwartku na piątek na Starognatiwkę spadły grady. Trudno opanować emocje. Zemsta separatystów? Konflikt? Tam mieszka tylko ludność cywilna! Być tam, widzieć i rozmawiać z tymi ludźmi, a kilka dni potem dowiedzieć się, że miejscowość ostrzelano…  I ta okropna bezradność wobec tego, co się wydarza!

Przede wszystkim chcę podziękować wszystkim tym, którzy mieli odwagę przyłączyć się do zorganizowanej akcji - zbiórki dla dzieci we Wschodniej Ukrainie. To dzięki WAM, my mogliśmy pojechać i dodać trochę nadziei. Wierzę, że okazana hojność przyniesie dobre owoce zarówno darczyńcom, jak i odbierającym dary. Otrzymaliśmy wiele darów. DZIĘKUJĘ! Szczególne podziękowanie kieruję do Duszpasterstwa Akademickiego WESOŁA 54 w Kielcach, które przekazało bardzo dużą ilość darów.

Zobacz spis >>kliknij<<

Muszę przyznać, że teraz, kiedy próbuje się psuć polsko-ukraińskie relacje, miałem obawy, czy ktoś zareaguje na pomysł zbiórki darów. Rzeczywistość jednak ukazała prawdę, że potrafimy się unieść ponad podziały, które dzieją się na poziomie medialnym i politycznym. Samodzielnie myślący ludzie wiedzą, że to żadna przeszkoda, by pomagać, okazać życzliwość.

Ze zbiórką, w której zostały przygotowane 23 paczki z różnymi artykułami dla dzieci, jedzeniem, środkami czystości i ubraniami, ruszyłem w podróż 26 stycznia. Dary do Nowogradu Wołyńskiego pomogli przetransportować ukraińscy kierowcy autobusu, za co należą im się wielkie podziękowania. Mimo obawy, że mogą być kłopoty na granicy, podjęli wyzwanie. Granicę przekroczyliśmy bez najmniejszego problemu.

W Nowogradzie wspomogło nas Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe im. J. Lubińskiego. W środku nocy odebrali z przystanku mnie wraz ze wszystkimi rzeczami. Potem razem z prezes stowarzyszenia Wiktorią Szewczenko, s. Bernadettą i Olegiem przygotowaliśmy się do wyprawy na Wschód. Czekało nas wiele godzin jazdy samochodem do miejsca stacjonowania 30. Brygady. Zabraliśmy też dary dla żołnierzy, które dostarczyli polscy harcerze, dzieci i inni ludzie z Nowogradu.

Droga była długa. Im bliżej Wschodu, tym niższa temperatura, chłodniej. Po połowie dnia i całej nocy jazdy dotarliśmy do miasteczka Wołnowacha, stąd już żołnierze poprowadzili nas w inne miejsce, którego nie możemy ujawnić. Miasteczko Wołnowacha kojarzy mi się z wydarzeniem, gdzie na autobus spadły grady.

Na miejscu czekali na nas żołnierze: Witali, Wowa… z ciepłą herbatą i uśmiechem mówiącym jedno: cieszymy się, że jesteście! Czekaliśmy. Martwiliśmy się czy dojedziecie, bo warunki trudne.

Mimo zmęczenia rozładowaliśmy samochód. Żołnierze nie ukrywali zdziwienia, ile darów dla nich i dla dzieci zmieściło się w małym samochodzie. Zaraz potem ruszyliśmy, by dotrzeć do domów dzieci. Bardzo poruszyła mnie chęć zaangażowania się ze strony żołnierzy. Zależało im na tym, by dostarczyć dary. Do akcji dołączyli żołnierze 2. i 3. Batalionu 30. Brygady Nowogard Wołyński. W sztabie jeden z dowódców przyszedł podziękować osobiście. Był wzruszony i ledwo powstrzymał łzy. Zapadły mi w pamięci jego słowa: „Bardzo dziękuję, że przyjechaliście z darami dla tych dzieci. Niech otrzymają coś z cywilizowanego świata”. Na początku nie bardzo mogłem zrozumieć o co chodzi. Byłem nieco zdziwiony jego poruszeniem. Nie spodziewałem się podziękowań od żołnierza za dary przeznaczone dla dzieci. Nie wiedziałem co mnie czeka, co zastanę.

Dwoma samochodami dotarliśmy do szkoły, gdzie czekała na nas Pani Dyrektor. Przygotowała listę dzieci i adresów, gdzie mieliśmy zawieźć prezenty. Przy okazji oprowadziła nas po szkole, chcąc też pokazać nam, że dzieci uczą się, rozwijają pasje, na tyle, na ile warunki im na to pozwalają. Wspólnie ruszyliśmy do wsi.

Niemoc, mentalność czy "ruski mir"?

W wędrówce z darami trafiliśmy do różnych domów. Każdy inny. Nie da się opisać każdego z osobna. Tego trzeba doświadczyć samemu.

W jednym z domów trafiamy na babcię. Cieszy się z tej paczki dla wnuków. Opowiada, że matka wyszła z domu i nie ma jej już trzy lata. Nie wiadomo gdzie jest. Ojca nie ma. Dziewczynka przychodzi do nas bardzo speszona, ale dziękuje za paczkę. Widać, że się cieszy. W innym miejscu jest mama z dwoma małymi dziewczynkami. Dziewczynki machają, witają nas, cieszą się. W domu bieda. Dyrektor pyta, czy udało się zdobyć drewno na zimę… Nie ma ojca. Na stole przygotowane naleśniki dla dzieci. Utrzymany w miarę  możliwości porządek. Dzieci cieszą się z podarunków, wstydliwie chowają się za ścianami, ale z uśmiechem.

Wchodzimy do domu, gdzie mieszka babcia i matka z małym chłopcem. Chłopiec bardzo energiczny. W domu biednie, ale schludnie. Ciepło i zapach palonego w piecu drewna. Babcia jest głuchoniema. Włodzia skacze z radości i pokazuje nam swoje plastikowe autko. Na podarowany zestaw zabawek reaguje otwartą buzią: ła! Wspólnie otwieramy paczkę i patrzymy, co w niej jest. Wyciągamy zestaw mazaków. „JA! Mama, mama…” – mały łapie mazaki i biegnie pokazać mamie. Z paczki wydostały się żelki Haribo. Radość nie do opisania. Szukamy butów. Każda podarowana rzecz otoczona zostaje fascynacją i radością, jakby dziecko widziało to pierwszy raz. Nam mało nie ciekną łzy.

W każdych odwiedzinach towarzyszy nam czterech żołnierzy. Pomagają w przynoszeniu paczek, dobieraniu butów. Bardzo zaangażowani i widać, że poruszeni. Zależy im, by pomagać. Uśmiechają się do dzieci, próbują nawiązać relacje… Wojna i ostrzały niszczą u dzieci zaufanie do żołnierzy. Tworzą lęk. Dlatego zależało mi, by właśnie oni pomogli w rozdawaniu darów. Zdjęli choć trochę traumy i lęku. Zbudowali zaufanie.

W mojej głowie wyodrębniły się dwie kategorie, przyczyny biedy. Jedna to odejście rodziców, ich utrata. Brak możliwości zarobkowania, po prostu niemoc. Druga to mentalność. Trafiamy do domów, gdzie widać nie tyle biedę, co zaniedbanie, problem alkoholowy. Czuje się w takim miejscu jakąś depresję, poddanie się i niechęć do zmiany rzeczywistości. Wystarczą „kartoszki” i trochę ciepła. W domu brud. W matce widać załamanie, ma pusty wzrok… Rozglądam się po domu. Ubrania leżą powrzucane do łóżeczka. Mały skacze po nieubranym w pościel łóżku… Trudno jest coś powiedzieć.

Chwile rozdawania darów zawsze jakoś poruszały. Jednak pojawia się pytanie: i co dalej? Co z nimi będzie? Z jednej strony wojna, a z nią bieda, z drugiej - niewiele można zrobić, wpłynąć na sytuację. Przychodzą chwile, gdy wstydzę się za Europę. Za to, że pozwala się dopuścić do takiej sytuacji w XXI wieku. W czasach, gdzie wydajemy miliardy na badanie kosmosu, wynalazki cywilizacji…

Mój wielki podziw wzbudził ojciec dużej rodziny. Pięciu synów i córka. Weszliśmy do domu, który miał wyraźne znaki, że ktoś próbuje go remontować. Dom biedny. W przedpokoju prosta podłoga z desek, brak drzwi. Wszystko jednak czyste. Ojciec przygotowujący akurat kurę na obiad dla dzieci. Prosi byśmy chwilę poczekali, dzieci zaraz przyjdą. Pojawia się pięciu synów. Grzecznych, lekko zawstydzonych. Ojciec wyraźnie okazuje, że jest z nich dumny. Dba o dzieci. Opowiada ile zdołał już zrobić, co wyremontować. Martwi się jednak co z tym teraz będzie – wojna może to zabrać.

Do paru domów nie chcą nas przyjąć. Pukanie, wołanie… nic nie daje. Zwierzęta i ich reakcje wskazują na to, że w domach są ludzie. W nas pojawiają się różne wytłumaczenia: może się boją, może to rodziny „separatystów”… Zostawiamy paczki Pani Dyrektor szkoły, by potem je spróbowała dostarczyć. Resztę słodyczy, maskotek przekazujemy dla przedszkola.

Gdy wracamy do sztabu, w samochodzie panuje poruszenie. Rozmawiamy o tym, co widzieliśmy. Zastanawiamy się co będzie dalej, jak pomóc, co możemy zrobić… Żołnierze opowiadają o swoich doświadczeniach z tego miejsca.

W sztabie Witali pokazuje nam i opowiada w jakim stanie zastali budynki, w których mają przebywać. Opowiada o wszach, których było tyle, że nie wiadomo było jak sobie z nimi poradzić, brudzie, śmieciach… Trudno w to uwierzyć, bo rozglądając się widzimy porządek, wymyte podłogi, pościelone łóżka. Witali pokazuje nam łazienkę z samodzielnie zrobionymi prysznicami, sauną (w tych warunkach jest ona po prostu niezbędna, żeby się rozgrzać). Zauważam, że Witali wciąż powtarza: wolontariusze, wolontariusze kupili, wolontariusze pomogli… Naprawdę podziwiam ten niezwykły ruch wolontariuszy, który powstał na Ukrainie. Dbają o żołnierzy  jak o własne domy. To wielkie i heroiczne!

Fundacja zakupiła żołnierzom środki czystości, szczoteczki do zębów, nawilżane chusteczki, mydło, pastę do zębów, czekoladę, kremy do rąk, leki na wszy i 7 kubków termicznych (małych termosów). Wszystkie dary zebrano i ma nad nimi pieczę jeden żołnierz. Zostaną odpowiedzialnie rozdysponowane zgodnie z potrzebami.  

Siadamy do wspólnej zupy ugotowanej przez żołnierzy. Takie chwile lubię najbardziej. Siadam z Chłopcami (tak w Ukrainie nazywa się żołnierzy: nasi Chłopcy) przy jednym stole i ukradkiem przyglądam się twarzom, oczom… A w sercu czuję się zaszczycony, że mogę z nimi zjeść wspólny posiłek. Trudno jest to może zmieścić w głowie, ale to właśnie współcześni bohaterowie Ukrainy. Prości, wrażliwi, tęskniący za dziećmi i rodzinami... Wspólny stół zawsze przywołuje na myśl braterstwo, rodzinę… I nieważne jak prosty posiłek się je.

Po kawie wybieramy się w drogę powrotną. Chwilę pożegnania przeciągamy żartami, śmiechem… byleby nie dać po sobie poznać zmartwienia i lęku o przyszłość. „Do pobaczenia” – nabiera tu zupełnie innego wymiaru. Wyjeżdżam z modlitwą o pogodę ducha: Boże, użycz nam pogody ducha, abyśmy godzili się z tym, czego nie możemy zmienić, odwagi, abyśmy zmieniali to, co możemy zmienić, i mądrości, abyśmy odróżnili jedno od drugiego.

Dziękuję każdej osobie zaangażowanej i wspierającej. Dziękuję za wszelkie poświęcenie. Dziękuję Witalikowi i Wołodzi za ich pogodę ducha!

Jeśli ktoś chciałby dołączyć do pomocy zapraszam do kontaktu z Fundacją In Blessed Art.

Odsłony: 802

Pomóż nam się rozwijać! Darowizna przez system PayU.


Bądź z Nami w kontakcie! Zapisz się na newsletter.